254. Księga wejścia-wyjścia.

okolicepiecdziesiatki.wordpress.com 10 godzin temu

Od dwóch dni żona ma Świechna słuchała rozmowy Jana Peszka i jego córki Marii, a ja podsłuchiwałem. Bardzo mile podłechtał me ego fakt, iż wielki aktor mówi często tak, jak ja bym powiedział, choćby język ma podobny do mojego. Oczywiście w sprawach dostępnych i mnie, bo przecież nie będę się porównywał z jego językiem artystycznym, nie będę udawał, iż zawsze wiedziałem o czym mówił, choćby gdy czasem były to wielkie wydarzenia w świecie sztuki, ale ja akurat zajmowałem się czymś prostszym, by nie powiedzieć prostackim. Wracając jednak do kwestii społecznych, niektóre wypowiedzi pana Jana mogłyby paść równie dobrze z moich ust, a w niektórych przypadkach mógłbym choćby powiedzieć, iż też tak kiedyś myślałem, ale przepracowałem to i znam lepsze sposoby rozwiązywania tych samych problemów.

Miałem też rodzaj deja vu , gdy aktor wspominał lata komuny i swoje najstraszniejsze w tym czasie kryzysy. Ze względu na swój wiek, nie mogłem tego tak szczegółowo pamiętać, a jednak Peszek mówił, a ja to widziałem i wiedziałem, iż to prawda. Zwłaszcza gdy mówił o Łodzi, która wiązała się z jedną z największych traum mojego dzieciństwa. Rodzice (oczywiście w dupie mając mnie i brata mojego) postanowili się tam przeprowadzić (na szczęście bezskutecznie), podczas gdy dla mnie Łódź, Zgierz, czy Ozorków z tamtych czasów, to symbole miast – przekleństw dla wszystkich dziecka. Pewnie były gorsze miasta, był Wałbrzych, był Górny Śląsk i Zagłębie, ale ja znałem Łódź. Zatem tak, choćby jeżeli Peszek coś wyolbrzymiał poprzez umiejętne budowanie emocji, to mnie się ten film wyświetlał. Tak było, gówno było, iż tak sparafrazuję zdanie z „Rozmów przy wycinaniu lasu” Tyma. Nie to jednak ruszyło mnie najmocniej.

Jan Peszek opowiadał, jak to będąc aktywnym działaczem antykomunistycznym i płacąc za to wysoką cenę, wszedł w wywalczoną wolność i z miejsca dostał od Solidarności w ryj. Bez konsultacji z nim samym, niejako zaocznie, usadzono go we władzach uczelni, której dotychczasowe władze zostały wywiezione na taczkach. Gdy tam przyszedł, witano go wiwatując, a on już wiedział, iż ci sami ludzie będą pluć na niego, gdy będzie wychodzić. Dlaczego? Nie zamierzał przyjąć stanowiska, i to nie tylko dlatego, iż kolidowało ono z jego planami artystycznymi. Po prostu wiedział, iż w tym momencie skończyłaby się jego niezależność jako człowieka. Miał nosa, bo rzeczywiście, gdy wychodził, część wiwatujących niedawno rodaków pluła na niego (rozumiem iż nie dosłownie, tylko słownie). Polska!

Grzegorz Ciechowski – Nie pytaj o Polskę

Natychmiast skojarzyłem ten incydent z innym, późniejszym. Był szczyt paranoi smoleńskiej po katastrofie i władze PiS postanowiły zrobić o tym film political-fiction. Reżyser, Antoni Krauze w roli głównej obsadził Mariana Opanię, ale tylko w swojej głowie, bo aktor odmówił i…, oczywiście padł ofiarą hejtu, bo nie wiem, czy wiecie, ale w Polsce wszyscy zapierdalają na aktorów, którzy się opierdalają, więc jak Józek Dupa z kopalni Makoszowy zapragnie, by Opania grał Kaczyńskiego, to ma grać i już! To jest bardzo interesująca cecha narodowa, iż byle siurek daje sobie prawo do szczucia aktorów, bo podobno na nich zapierdala, ale o ile tylko wezmę i przypomnę, iż podczas chlania na grillu albo na meczu piłki kopanej raczej się sztuki nie wspiera, to się okaże iż gardzę zwykłymi ludźmi, takie to delikatne, wrażliwe serduszka mają Polacy.

Z tej polskiej serc wrażliwości skwapliwie korzystają media, kręcące gównoburzę na szczuciu serduszek. Rośnie klikalność, sponsorzy walą drzwiami i oknami, to można kogoś wystawić na żer. Pieniądz nie śmierdzi. Gdy największa niespodzianka turnieju French Open, Maja Chwalińska z Polski zakwalifikowała się do finału, największy polski portal mający się za informacyjny raczył umieścić na pierwszej stronie tytuł „Giertych wytknął błąd Mai Chwalińskiej. będzie miała obowiązek”. To był Onet oczywiście, a ten sam tytuł znalazł się również w „Przeglądzie Sportowym”. Nie wiem kto był pierwszy, kto od kogo zerżnął/ przedrukował, ale cały wic polega na tym, iż Giertych jedynie sprostował wypowiedź Mai Chwalińskiej, rozwiewając jej obawy, iż będzie musiała płacić podatki od zarobionych na turnieju pieniędzy i w miejscu, gdzie je zarobiła i w Polsce. Mecenas Giertych przypomniał, iż mamy podpisaną z Francją umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, więc pani Maja zapłaci tylko we Francji. No, ale nagłówek „Giertych wytknął błąd Mai Chwalińskiej, będzie musiała…” poszedł pomiędzy delikatne serduszka. A co tam, Giertych jest duży i dużo zarabia, poza tym ma wielu wrogów, więc można go rzucić tłuszczy w paszczę. I tylko niech żaden Woland nie pisze, iż połowa hejterów przeczytała tylko tytuł. Nie wolno gardzić ludźmi!!!

Wiesław Gołas – W Polskę idziemy

Wracając do polskiej tradycji hejtu po odrzuceniu niechcianych zaszczytów. Nie cierpię przyjęć weselnych. Źle się czuję w tłumie obcych ludzi nastawionych na pełną integrację. W swoim życiu byłem tylko na sześciu weselach tradycyjnych i trzech skromniejszych przyjęciach ślubnych (bez wesela z wynajęciem sali, orkiestry, didżeja, etc.. To raczej za mało, by układać reguły, ale pewne spostrzeżenia mam. Zauważyłem np. taką zabawę, zwaną „WĘŻEM”, gdzie szlachetnie już napierdoleni kontynuatorzy tradycji, łapią się osoby stojącej przed nimi, a ci stojący za nimi łapią ich. Zasady łapania są niejasne, jedni łapią się za ręce, inni za ramiona, a jeszcze inni tam, gdzie akurat złapią. No i tak utworzony wąż przemieszcza się chwiejnym krokiem przez wszystkie sale weselne, a co bardziej upierdliwi uczestnicy węża próbują na siłę wciągnąć do niego tych, którzy na to nie mają ochoty, np. mnie. I tu też się okazuje, iż to ja jestem niegrzeczny i gardzę świetną zabawą odmawiając. Ale nie to na zapamiętanych przeze mnie weselach było najlepsze. Po tzw. „oczepinach” następowały dowcipne po polsku zabawy. Jakieś przetaczanie jajka przez nogawkę spodni mężczyzny, którego dokonuje uczestnicząca w tym kobieta i inne podobnie frywolne konkursy. zwykle wyraz mojej twarzy sprawiał, iż rekrutujący uczestników konkursów naganiacze woleli mnie omijać szerokim łukiem, ale zdarzył mi się kiedyś wypadek, iż nawalony koleś próbował mnie wyciągnąć na siłę. Pozwoliłem mu się podnieść z krzesła i gdy stanąłem pewnie na nogach, pchnąłem go mówiąc nienaganną polszczyzną „spierdalaj”. Najwyraźniej dla niego zrobiłem to za mocno, bo wylądował na dupie, wstał i odszedł zmęczony. W jednej chwili wszyscy zapomnieli o incydencie i wrócili do „zabawy”. Nie każdy ma tyle stanowczości. Jakaś dziewczyna próbowała się tłumaczyć innemu naganiaczowi, dlaczego nie może wystąpić w konkursie. Nastąpiło zjawisko „wszystkie spojrzenia na nią”, w namawianie włączyła się całkiem spora grupka czerpiących sadystyczną przyjemność z przymuszania innych do niechcianych czynności osób, trwało to jakieś ciągnące się w nieskończoność 2 minuty żenady, po czym dziewczyna i tak nie poszła, ale za to była tą złą, gardzącą dobrą zabawą. A trzeba było gościa od razu pierdolnąć, albo choć wylać mu na łeb kufel piwa. W komunikacji istotne jest, by używać zrozumiałego dla drugiej strony języka!

Idź do oryginalnego materiału