252. Dzień, który zmienił wiele.

okolicepiecdziesiatki.wordpress.com 22 godzin temu

Cz. 1: Prosta historia.

Był piękny, słoneczny dzień. Umiarkowanie szybkim krokiem przemierzałem uliczki wrocławskiej Starówki. Czasu miałem w bród, dopiero późnym wieczorem wylatywałem do Dublina, ale targałem ze sobą bagaż, co nie ułatwiało marszu. Tym niemniej, byłem w dobrym nastroju. Właśnie zakończyłem kolejny etap zdjęć do mojego filmu i jeszcze trzymała mnie adrenalina po kilkunastu dniach pracy z niezwykle ciekawymi ludźmi, a nie był to koniec atrakcji. Zmierzałem na spotkanie z blogerką, z którą mieliśmy sporo wspólnych tematów do obgadania, bo Marek Dyjak, bo jego alkoholizm, bo mój film poruszający kwestię wysokofunkcjonujących uzależnionych, nie tylko tych od gorzały, także marihuanistów. W dodatku właśnie skończyłem „żałobę” po nierokującym związku, już się zrelaksowałem po wystarczającym czasie odpoczynku od wampirzycy energetycznej, już miałem wszystko ponazywane i przepracowane.

Jakub Heysel – Gołębica (James Joyce)

Byłem szczęśliwy, iż się tak gwałtownie uwolniłem i tylko od czasu do czasu narastał we mnie gniew, gdy wspominałem kłamstwa, manipulacje, intrygi i gówniarskie fochy. Prawdziwe szaleństwo ogarniało mnie jednak, gdy uświadamiałem sobie, iż moja była funkcjonowała w nazwijmy to „Klubie Wściekłej Psity”, gdzie koleżanki podczas spotkań towarzyskich prześcigały się w opowieściach, która z nich bardziej dojebała swojemu partnerowi sabotażem planów, obstrukcją, „karaniem milczeniem” (trzeba niezłej pychy, by uznać się za godną śledczej, prokuratorki, sędziny i kaciny własnego partnera, bez prawa do obrony). Niektórym z nich w tych opowieściach nie przeszkadzała choćby moja obecność, inne historie poznałem z ust byłej. Nie wiem w jakim celu mi je opowiadała, nie wykluczam, iż było to zawoalowane ostrzeżenie „Ciesz się, iż jestem taka jaka jestem, bo mogę być taka, jak Krycha lub Ziuta i wtedy dopiero będziesz miał przejebane”, nie jestem jednak przywiązany do tej teorii i jeżeli powód był inny, to i tak kilka to zmienia. Hipoteza taka powstała, gdy pewien znajomy opowiadał mi, jak to podczas rozwodu został poinformowany przez podrywającą go koleżankę z podobnego klubu, iż miały choćby swoją grupę internetową, na której podjudzały jeszcze wtedy żonę delikwenta do szantaży emocjonalnych, oszustw i innych świństw przeciw niemu. Ponieważ jednak delikwent uchodził za dobrą partię w okolicy, to jedna z uczestniczących w grupie psiapsiułek postanowiła ułatwić koleżance rozwód, by wejść na jej miejsce i dała obgadywanemu facetowi hasło do swojego konta, co pozwoliło mu przez jakiś czas zbierać materiał na grupie, robić print-screeny i takie tam – bardzo się przydały na sprawie rozwodowej. W każdym razie w tamtym rejonie było to najwidoczniej modne, więc brałem taką możliwość pod uwagę. Jak by nie patrzeć, licznik brzydkich wybryków pracował, punkty karne były zliczane gdzieś między moimi uszami, a gdy uzbierało się „oczko”, wystarczyło tylko poinformować wampirzycę o zwolnieniu dyscyplinarnym.

Mariusz Lubomski – Krótko o mnie

Posiadając dzięki dziesięciomiesięcznej kwarantannie lekką głowę zmierzałem na spotkanie z kobietą, która jak się później miało okazać, była w bardzo podobnej sytuacji towarzyskiej. Też przepracowywała „żałobę” po związku, też miała w katalogu doświadczenie z wampirem energetycznym, też była zła na wspomnienia o świństwach, które zbyt długo tolerowała, mimo wcześniejszych sygnałów. Miała równie lekką głowę, ciesząc się wolnością od patologii. I stało się. Minąłem Starówkę, minąłem Uniwerek, minąłem Odrę, odnalazłem ulicę Rydygiera i pod numerem 25/27 przekroczyłem próg jadłodajni „Powoli”, gdzie czekała na mnie piękna, ubrana w letnią sukienkę dziewczyna z blogosfery. Miała być kawa, może jakaś szybka przekąska, a wyszło z tego ponad cztery godziny gadania na wszystkie tematy. Jak to skomentowała moja dzisiejsza żona: „I TAK GADAMY DO TEJ PORY”.

Mariusz Lubomski – Nie skreślaj mnie

Cz. 2: Wcale nie taka prosta.

Po spotkaniu byliśmy w świetnych nastrojach. To zadziwiające, jak mało brakowało, byśmy się nigdy nie zobaczyli. Pomijając już fakt synchronizacji naszych stanów towarzyskich, we Wrocławiu bywałem tylko w drodze na lotnisko, dwa razy na 8 tygodni a i moja żona miała swoją pracę i swoje zajęcia. Potem, już po zapoznaniu, mogła przecież nie podjąć tematu wspólnej wędrówki przez Karkonosze, mogła nie mieć ciekawości odwiedzenia moich ulubionych miejsc na Dolnym Śląsku, mogła wreszcie odmówić przylotu do Irlandii i wspólnego mieszkania. Nie sprowadzało się to jednak do ślepych wyborów podobnych skreślaniu liczb w totolotku. Wykażę się teraz zarozumialstwem i powiem, iż musiałem ją czymś zainteresować i musiał się mej dzisiejszej żonie spodobać mój tryb życia. Dzyń, dzyń, dzyń, a teraz wykażę się lizusostwem i powiem, iż i Świechna musiała mnie zainteresować, musiało mi się spodobać jej podejście do życia, i musiałem uznać jej zainteresowania za ciekawe.

Mariusz Lubomski – Ja jestem mąż

Gdy myślę o dziecięcych latach, do najwspanialszych wspomnień należą wspólne wyprawy „odkrywcze”. Na drugi plac, za ulicę, nad rzekę, za rzekę, do lasu, na zamek…. A także wspólne zachwyty: Podejrzeć jak starsi grają w piłkę, siatkówkę, ping-ponga, posłuchać jak ktoś gra na gitarze śpiewając, albo podpatrzeć co potrafi namalować farbami, bądź narysować zwykłym ołówkiem, wejść na dach i zobaczyć plac zabaw z góry…, takie proste sprawy. Odkąd poznałem żonę, mam wrażenie, iż znowu jestem takim chłopcem, który razem z najlepszą koleżanką zaspokaja swoją potrzebę poznania Świata i zachwytów nad tym, co się uda przeżyć i czego doświadczyć. I żadne z nas nie ogranicza drugiego, dajemy sobie wsparcie. Świechna zachęcała mnie do dokończenia filmu, ja ją do wznowienia psychologii, którą opuściła na krótko przed dyplomem, ale też wspieramy się w pomysłach na dalsze wyprawy, krótkie wycieczki, spacery, a choćby w zwykłych wyjściach do kawiarni, czy na seans filmowy. Tymczasem nie tak dawno temu byliśmy świadkami, gdy kobieta wściekała się na partnera, bo w dniu, który ona wskazała (facet ma bardzo wyczerpującą, fizycznie i psychicznie pracę, w której błąd może się skończyć kryminałem i często nie ma siły na takie bonusy) nie wykonał pracy, która mogła poczekać, więc ona zrobiła to sama, pretensje zachowując dla partnera, potem płynnie przeszła do złorzeczeń na nietrafione prezenty z zamierzchłej przeszłości, a ja zacząłem w myślach się zastanawiać, czy dziewczyna ma ochotę dostać od partnera dyscyplinarkę, czy zwyczajnie, znudziło jej się spokojne życie. Okazuje się, iż święty spokój, wzajemny szacunek, życzliwość, empatia, wdzięczność, ciekawość, gotowość na nowe doświadczenia, nie dla wszystkich są proste.

Cieszę się, iż mam wsparcie. Cieszę się, iż czuję się doceniany, iż mamy interesujące życie, iż możemy razem rozmawiać, przeżywać, czuć. Dziękuję Ci za najwspanialszych 9 lat życia moja Świechno, kocham Cię.

PS. Na grupie mojego rocznika z ogólniaka padło pytanie, czy pamiętamy co robiliśmy 25-go maja 1980, więc równe 46 lat temu. Nie wiedział nikt z ponad 100 osób, prócz osoby pytającej. Okazało się, iż mieliśmy pierwszą komunię. Jak widać, są daty ważne i nieważne. I ciągle jest jakaś grupka ludzi, która próbuje nam wmówić wbrew faktom, iż daty nieważne są ważniejsze, niż daty ważne.

Idź do oryginalnego materiału