Sporo wody w Wiśle upłynęło od chwili, gdy chciwy i zawistny pulpasek biskupa wypowiedział jakże inteligentną fraszkę swojego autorstwa, treści „OZE – sroze”. Gdy już się oswoiłem z zachwytem, jaki mnie ogarnął na widok tak głębokiego dzieła lirycznego, przeszedłem do zawartości merytorycznej. Chodzi bowiem o to, iż pan dr hab. Przemysław Czarnek sam korzystając z paneli słonecznych zainstalowanych na swej willi, obiecuje walkę z takimi urządzeniami, bo jak wiadomo, samemu warto się nachapać leżąc do góry czarnkiem, ale Polacy niech se wiedrami wyngiel z komórki do pieca noszą, oczywiście pod warunkiem, iż wyngiel dowiezo do wieski! A potem niech ten piec oczyszczą, niech oczyszczą komin, a jak nie, to niech się zaczadzą i będzie po kłopocie, więcej wyngla dla pozostałych!
Zostawiając pana Czarnka na chwilę w spokoju, przybliżę naturę problemu wyboru źródeł energii. Z tym jest trochę tak, jak z wyborem środka transportu, zależy co chcemy przewieźć, na jaką odległość i w jakich warunkach oraz jaka jest dostępność danego środka. Nie da się określić jednego, najlepszego źródła energii, więc władze starają się je zdywersyfikować. Dlatego jest to tak wdzięczny temat dla populistów, ciężko im bez pisania wielostronicowych raportów udowodnić, iż pieprzą kocopoły, bo rozpatrzenie wad i zalet każdego źródła energii, to temat na wykład akademicki. Nie jesteśmy jednak całkowicie bezradni w starciu z populizmem, bo sytuacje nadzwyczajne, jak destabilizacja regionu, ukazują wady lepiej, a iż kryzysy następują cyklicznie, to w końcu praktyka zdemaskuje część bredni. Wojna w Ukrainie pokazała słaby punkt gazu, jako źródła energii, wojna w Iranie wskazała czuły punkt ropy. Z węglem kamiennym problem dodatkowy jest taki, iż polskie pokłady się kończą, jak skończyły się inne złoża w Unii Europejskiej, przynajmniej jeżeli mówimy o tych, których wydobycie jest względnie bezpieczne i opłacalne ekonomicznie. Wbrew temu, co jeszcze 15 lat temu głosili przeciwnicy zamykania kopalń, podawani przez nich za przykład do naśladowania w eksploatacji złóż Niemcy i Czesi już swoje zasoby wydobyli, a kopalnie zamknęli. Polacy również to będą musieli niedługo zrobić, bez względu na to, jak głośno Czarnek będzie je nazywał narodowym bogactwem.
Osobną sprawą jest biadolenie Przemysława Czarnka, iż UE nakłada na spalanie węgla opłaty. Ano nakłada, tak samo jak sąd nałożyłby na niego opłatę za opuszczenie spodni i zesranie się na środku głównego deptaku w mieście. Zanieczyszczasz środowisko, ponosisz opłaty karne, bo ktoś to musi posprzątać! Poza tym, skoro pan Przemek sam sobie zamontował panele słoneczne, by czerpać z nich dochód i korzystać z wygody tego rozwiązania, niech się odstosunkuje od Polaków, którzy również chcą z tego korzystać.
Kończąc już temat OZE, odniosę się do argumentu, jakoby Niemcy znalazły się w kryzysie przez stawianie farm wiatrowych. Nic z tych rzeczy! Kryzys wynikł z tego, iż Niemcy zamknęły w ciągu 13 lat 17 (słownie – siedemnaście) elektrowni jądrowych, zaspokajających 30% zapotrzebowania energetycznego. I to zastąpienie tych elektrowni kosztowało Niemcy (według różnych źródeł) od 300 do 600 miliardów euro. Bo to nie tylko koszty stworzenia źródeł zastępczych (w tym OZE), bądź importu brakującej energii, ale także zwolnienie pracowników elektrowni, wypłata odpraw, wypłata zasiłków, spadek dochodu z podatków przez nich płaconych, przeszkolenie tych ludzi do nowych prac. Państwa, które wprowadzają OZE stopniowo, wedle potrzeb i możliwości, nie mają takich problemów. Niemcy koncertowo spieprzyli sprawę poprzez gwałtowność ruchów.
Trumpova Prdel (dawniej – Ďáblova Prdel, po naszemu Diabelska Dupa)
Z zagranicy. Pomarańczowego popierdoliło, ale to nie jest jego ostatnie słowo. Zaproponował zmianę nazwy cieśniny Ormuz na Donalda Trumpa i wprowadził swój podpis na dolarach. Ponadto nazwał NATO wrogiem USA, bo sojusz nie oddał pod jego komendę swoich wojsk, by je wysłać na wojnę wywołaną przez Trumpa i Netanjahu. Aha, i oświadczył, iż Iran mu zaproponował, by został najwyższym przywódcą tego państwa, ale odpowiedział „Nie, dziękuję. Nie chcę tego!” Poza tym Ziemia jest płaska, Kopernik była kobietą, a jak pisał Mrożek, co nastawimy mleko na zsiadłe, to skądiś wyłażą takie małe garbate karzełki i nam szczają do garnków!
A teraz coś miłego. W piątek odświeżyliśmy sobie „Cinema Paradiso” (1988) Giuseppe Tornatorego. Niezmiennie mnie urzeka. To co poczułem, opisałbym jako nostalgię i przejmujący żal za kinem z dawnych lat, gdy ludzie udział w seansie traktowali jak przywilej, a nie łaskę robioną autorom filmu. To uczucie i te myśli dopadają mnie w niespodziewanych momentach, np. gdy rozmawiam o kinie z siostrą, która mi tłumaczy, iż przecież ludzie oglądają filmy w domach, bo są tak zmęczeni po pracy, iż chcą się tylko zrelaksować, a wyprawa do kina wymaga większego zachód. No i już nie ciągnę tematu, bo musiałbym tłumaczyć, iż ja relaksuję się w trakcie drogi do kina, w czasie obiadu albo chociażby kawy przed lub po seansie i na sali kinowej, gdy jestem odcięty od dystraktorów mogąc przeżywać tylko to, co dzieje się na ekranie. Chwilę potem uświadomiłem sobie, iż podobne przeżycia zdarzały mi się od dzieciństwa, np. gdy koledzy odrzucali moją propozycję przejścia się na zamek, wybierając nudę na ławeczce w rynku miasteczka albo gdy znajomi tłumaczyli mi, dlaczego idą do wypożyczalni kaset video, zamiast pójść do kina, czy dlaczego kupują chleb z supermarketu, a nie tradycyjny, rzemieślniczy z lokalnej piekarni. Irytuje mnie bezsilność wobec tych trendów, podobnie jak irytują mnie wymówki. Na szczęście większość teatrów ma wyprzedane bilety na kilka tygodni naprzód, co oznacza, iż jednak komuś się przez cały czas chce. I ten optymistyczny akcent pasuje na zakończenie.













