
Cztery wyzwania, które w codziennej debacie publicznej giną gdzieś w tle, choć to właśnie one rozstrzygną, czy Polska najbliższą dekadę wykorzysta, czy przegapi. Trafiamy przy tym na moment, w którym układ sił na świecie gwałtownie się zmienia, a Polska ma większą niż zwykle przestrzeń do prowadzenia własnej polityki. To okienko gwałtownie się zamknie.
W pierwszej części opisałem trzy obszary, które podcinają fundamenty polskiej gospodarki: ]]>demografię, energetykę i emigrację]]>. W drugiej zająłem się ]]>służbą zdrowia, optymalizacją podatkową dużych korporacji oraz pułapką średniego rozwoju]]>, w której utknęły państwa bogatsze od nas. Zapraszam na ostatnią część cyklu.
Rekordowe zbrojenia, milcząca doktryna
W 2025 roku Polska przeznaczyła na obronność około 4,5% PKB według danych NATO, co daje jej pierwsze miejsce w sojuszu. Wyprzedzamy pod tym względem choćby Stany Zjednoczone, które zatrzymały się na poziomie 3,2%. W kwotach bezwzględnych mówimy o ponad 180 mld PLN, czyli kwocie ponad dwukrotnie większej niż zaledwie cztery lata wcześniej.
Warto jednak wiedzieć, co dokładnie kryje się za tym wskaźnikiem. Zgodnie z metodologią NATO do wydatków obronnych zaliczamy nie tylko zakup uzbrojenia i amunicji, ale także wynagrodzenia żołnierzy, emerytury wojskowe, koszty szkoleń i ćwiczeń, utrzymanie baz i poligonów, badania i rozwój oraz udział w misjach zagranicznych. Same emerytury mundurowe pochłaniają w Polsce około 13 mld PLN rocznie i wchodzą w wykazywane 4,5% PKB, mimo iż nie mają one już żadnego wpływu na realną zdolność bojową armii.
W polskiej debacie publicznej trwa spór, jaki sprzęt kupować i od kogo – z USA, z Unii Europejskiej, czy stawiać na własny przemysł. To dyskusja o katalogu zakupowym, nie o strategii. Znacznie ważniejsze pytania giną gdzieś w tle. Jakie zagrożenia realnie nam grożą i w jakiej perspektywie czasowej? Czy przygotowujemy się na konflikt konwencjonalny, wojnę hybrydową, czy może na cyberataki i sabotaż infrastruktury krytycznej? Czy mamy zdolność samodzielnej odpowiedzi na atak, czy raczej rolę ostatniej linii oporu czekającej na decyzje z Waszyngtonu i Brukseli? W jakich obszarach chcemy budować przewagę jako państwo, bo skoro nie stać nas na wszystko, ktoś musi wskazać priorytety. Na żadne z tych pytań publicznie nie pada jasna odpowiedź.
Posiedzenie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa Źródło: interia.pl
Trzeba tu uczciwie zaznaczyć jedną rzecz. Wojskowi, analitycy i decydenci z pewnością mają swoją mapę zagrożeń i wiedzą, na co się przygotowujemy. To ich praca, płacona z naszych podatków i nie ma powodu zakładać, iż robią ją źle. Problem w tym, iż nasi potencjalni przeciwnicy również prawdopodobnie dysponują tą wiedzą, bo służby wywiadowcze każdego liczącego się państwa od dawna analizują polskie kontrakty zbrojeniowe, zmiany doktryny i rozmieszczenie jednostek. W tej dyskusji brakuje natomiast samego społeczeństwa. Skoro przeciwnik i tak analizuje nasze zakupy oraz rozmieszczenie wojsk, publiczna debata niczego mu nie ujawni. On tę wiedzę już posiada. Odbiera natomiast szansę na to, żeby w chwili prawdziwego kryzysu ludzie wiedzieli, o co walczą i byli gotowi ponieść tego koszty.
Efekt braku tej debaty widać już dzisiaj. Po kilku latach ciągłego straszenia wojną, niejasnych komunikatów po kolejnych obiektach naruszających naszą przestrzeń powietrzną i braku spójnej reakcji państwa na te incydenty, społeczeństwo zaczyna mieć wątpliwości. Kiedy przez trzy lata z rzędu słyszy się, iż „wojna wisi w powietrzu”, ludzka wrażliwość na komunikat spada. Nikt nie tłumaczy jasno, na co się przygotowujemy i dlaczego akurat w ten sposób. W efekcie społeczeństwo nie wie nawet, jaki scenariusz państwo uważa za najbardziej prawdopodobny.
Obowiązkowa służba wojskowa w nowym wydaniu
Obowiązkowa służba wojskowa wraca w debacie co jakiś czas, ale rzadko pojawia się pytanie, jak taki system miałby dziś wyglądać. Warto zastanowić się nad rozwiązaniem dopasowanym do polskich realiów społecznych i gospodarczych.
Wyobraźmy sobie kilkumiesięczne, obowiązkowe i normalnie płatne szkolenie po ukończeniu szkoły średniej. Na początek dla mężczyzn, docelowo być może dla wszystkich chętnych kobiet. Nie chodzi o odtworzenie modelu służby zasadniczej, którą starsze pokolenia wspominają głównie jako stracone miesiące. Chodzi o program, w którym młody człowiek uczy się rzeczy przydatnych m.in. pierwszej pomocy na poziomie ratownika, obsługi dronów, podstaw cyberbezpieczeństwa, prowadzenia pojazdów ciężkich, obsługi łączności, spawania, elektryki, działania w grupie pod presją i reakcji na awarie infrastruktury krytycznej. Absolwent takiego szkolenia wraca do cywila z konkretnymi uprawnieniami przydatnymi na rynku pracy, takimi jak prawo jazdy kategorii C, uprawnienia SEP (świadectwo potwierdzające wiedzę dotyczącą pracy przy instalacjach i sieciach energetycznych), kwalifikacje ratownika medycznego. Ścieżka szkolenia opierałaby się na dotychczasowym wykształceniu i predyspozycjach kandydata. Państwo daje młodemu człowiekowi start zawodowy, a w zamian dostaje wyszkolonego rezerwistę, którego można wezwać w kryzysie.
Warto od razu zaznaczyć, iż tego typu szkolenie nie ma na celu przygotowania żołnierza pierwszej linii frontu. Chodzi raczej o zbudowanie zaplecza, czyli ludzi, którzy w razie konfliktu utrzymają państwo w działaniu. Nowoczesna wojna to nie jest starcie samych piechurów. Za żołnierzami walczącymi na pierwszej linii stoi rozbudowane zaplecze: logistycy, medycy, mechanicy, operatorzy łączności, kierowcy, informatycy i obrona cywilna.
Czytaj dalej: ]]>10 wyzwań dla Polski na najbliższą dekadę cz.3]]>
]]>Darmowa konferencja dla inwestorów - nie przegap!]]>
Autor: ]]>Bartosz Piwko]]>











