1.11 Uroczystość Wszystkich Świętych
1.11 Uroczystość Wszystkich Świętych
data:31 października 2012 Redaktor: csp
Wbrew powszechnemu mniemaniu wielu ludzi, uroczystość Wszystkich Świętych ma w Kościele katolickim charakter radosny, a nie żałobny. Wspominamy bowiem tych wszystkich, którzy żyli przed nami i wypełniając w swoim życiu Bożą wolę osiągnęli wieczne szczęście przebywania z Bogiem w Niebie.
_-_google_art_project.jpg)
Kościół wspomina nie tylko oficjalnie uznanych świętych, beatyfikowanych lub kanonizowanych, ale także wszystkich wiernych zmarłych, którzy już osiągnęli zbawienie i przebywają w Niebie. Widzi w nich swoich orędowników u Boga.
Wstawiennictwa Wszystkich Świętych wzywa się w szczególnie ważnych wydarzeniach życia Kościoła i narodu chrześcijańskiego. Śpiewa się wówczas Litanię do Wszystkich Świętych, która należy do najstarszych litanijnych modlitw Kościoła i jako jedyna występuje w księgach liturgicznych (w liturgii Wigilii Paschalnej, w obrzędzie poświęcenia kościoła i ołtarza oraz w obrzędzie święceń).
Bł. Jan Paweł II. Rozważania przed modlitwą Anioł Pański 1 listopada 1999
1. Obchodzimy dzisiaj uroczystość Wszystkich Świętych. W tym uroczystym dniu Kościół pielgrzymujący po ziemi kieruje wzrok ku niebu, ku ogromnej rzeszy mężczyzn i kobiet, którym Bóg dał udział w swojej świętości. Wywodzą się oni — jak uczy księga Apokalipsy — «z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków» (Ap 7, 9). W ziemskim życiu starali się zawsze pełnić Jego wolę, całym sercem miłując Boga, a bliźnich jak samych siebie. Z tego powodu musieli też cierpieć próby i prześladowania, teraz jednak wielka jest ich nagroda w niebie (por. Mt 5, 11).
Moi drodzy, taka jest nasza przyszłość! Takie jest najbardziej autentyczne i powszechne powołanie ludzkości: tworzyć wielką rodzinę dzieci Bożych, starając się urzeczywistniać jej zasadnicze cechy już tu na ziemi. Taki cel wskazują nam swoim świetlanym przykładem liczni bracia i siostry, których w ciągu stuleci Kościół uznał za świętych i błogosławionych, aby byli dla nas wzorami i przewodnikami. Dzisiaj prosimy ich o wspólne wstawiennictwo, aby każdy człowiek otworzył się na miłość Boga — źródło życia i świętości.
2. Jutro to wołanie stanie się gorącą i jednogłośną modlitwą do Ojca miłosierdzia za wszystkich wiernych zmarłych. We wszystkich częściach świata będzie sprawowana w ich intencji Ofiara eucharystyczna jako zadatek życia wiecznego dla żywych i umarłych, zgodnie ze słowami samego Chrystusa: «Jam jest chleb życia. (...) Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki» (J 6, 48. 58).
Kto może, niech w tych dniach nawiedzi cmentarz, aby modlić się na grobach zmarłych bliskich. Ja także zejdę dzisiaj po południu do Grot Watykańskich, aby pomodlić się przy grobach moich poprzedników. W duchu udam się też na cmentarz w Krakowie, gdzie spoczywają zmarli członkowie mojej rodziny, oraz na inne cmentarze świata, aby modlić się zwłaszcza na grobach zapomnianych.
Liturgia uczy nas bowiem modlić się za wszystkich w imię solidarności, która łączy wzajemnymi więzami członków Kościoła i która jest silniejsza choćby od śmierci. Niech nikomu nie zabraknie wsparcia naszej modlitwy.
3. W tym klimacie duchowym bardziej niż zwykle odczuwamy, jak żywa i pocieszająca jest obecność Maryi. Wzywamy Ją dziś jako Królową Wszystkich Świętych, kontemplując Ją pośrodku zgromadzenia świętych w niebie. Jutro zaś będziemy Jej zawierzać, jako Matce Miłosierdzia, dusze wiernych zmarłych.
Dla Ludu Bożego Maryja jest znakiem pociechy i niezawodnej nadziei. Widzimy w Niej żywą ikonę słów Chrystusa: «Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą» (Mt 5, 8). Niech Jej wstawiennictwo sprawi, iż to ewangeliczne błogosławieństwo stanie się również naszym udziałem.
Refleksje jednego z blogerów 1 listopada 2011 (http://widnokregi.blog.pl):
Polska. Przełom października i listopada. Rzeki i jeziora dyszące mgłą, górskie zbocza wtulone w pierwsze śnieżne kurzawy, szronem siwiejące poranki na równinach. Szeleszczą opadłe liście, niezliczone odcienie czerwieni mieszają się z brązem, ku cmentarzom płynie tłum Polaków. Tłum ubrany w refleksję, iż życie zawsze jest za krótkie. Że choćby najdłuższe rozkwita świtem i więdnie o zmierzchu. I iż nikt nie dostaje drugiej szansy.
Czas jest nieubłagany. Przypomina zabójcę, którego nie można oszukać ani skorumpować. Dzień po dniu przepływa obok każdego z nas, pozbawiając czegoś, czego dobrowolnie nigdy byśmy mu nie oddali. Czegokolwiek nie uczynimy, i tak zabierze, co zechce: fakty utracą laur teraźniejszości, wspomnienia roztopią się jak płatki śniegu padające w stos płonących bierwion, emocje ucichną milknącym wśród lat szlochem. choćby rzeczy rozpadną się, niby mamucie truchła.
Ktoś odchodzi – a my zostajemy, by dzień po dniu katalogować braki oraz przypominać sobie o błahostkach, urastających znienacka do rangi imponderabiliów. Zostajemy z pękającym z bólu sercem. Z ustami pełnymi nie zadanych pytań. Pełnymi słów, które powinniśmy wypowiedzieć, a których nie wypowiedzieliśmy. Z niedokończonymi rozmowami, i z rozmowami nie rozpoczętymi. Bezsilni, nieodwracalnie okaleczeni, odwróceni w stronę przeszłości, zapłakani.
Tak to jest: po śmierci kogoś bliskiego koniecznie chcielibyśmy coś zmienić, ale wszyscy stajemy naraz, otępiali i bezradni, w przerażającym, emocjonalnym deficycie. Bo okazuje się, iż nic nie jest trwałe. Bo kochamy wciąż za mało i stale za późno. Bo ustawicznie na coś się spóźniamy: na godziny, uczynki, gesty i obietnice. W miejsca lub na uśmiechy. Na pragnienia, marzenia, na słowa bądź na milczenie. Spóźniamy się rzadziej lub częściej. Raz na dobę, na tydzień, raz w miesiącu lub raz na rok. Albo też ten jeden raz, najgorszy, nieodwołalnie ostatni, ostatni na całe życie: na zrozumienie.
Po finał ilustrowany łopatą grabarza. Lub niszą w kolumbarium. Koniec. I jeszcze gawroni skrzek: „Nie ma sposobu na to, co się dzieje tylko raz”.
Artur Schopenhauer przekonywał, iż po tamtej stronie życie zostanie uznane za sen, a śmierć za przebudzenie. I ja hołubię w sobie tę nadzieję. Z takiej perspektywy śmierć nie stanowi bowiem problemu, który należy rozwiązać, ale jawi się Tajemnicą, którą trzeba przeżyć. Bo być może jest tak, iż to właśnie śmierć doprowadza nas do celu. Łódź znikająca za horyzontem nie przestaje istnieć, choć przestajemy ją widzieć.
Trwam zatem przy nadziei, iż tylko nam odejścia naszych bliskich wydają się okrutne. I iż ci, którzy przeszli na drugą stronę, nie cierpią bardziej niż my. Żyję, nie rozstając się z przeszłością. Bo choćby jeżeli prawdą jest, iż duchów nie ma, to prawdą jest i to, iż codziennie modlę się, by niektóre z nich nigdy mnie nie opuściły.
A ponieważ nadzieja nie hańbi, żyję tak, jakby rzeczywiście istniała.
Z każdym dniem nas ubywa. I coraz mniej nas – w nas samych. Zostaje pustka, której żadnym sposobem zapełnić już się nie daje. I zostaje pamięć. Taka pamięć to błogosławieństwo – bo to dzięki niej nasi Zmarli wciąż żyją. W nas.
Piotr Szubarczyk
za: wolnapolska.pl
- z naszego archiwum
















